this post was submitted on 15 Feb 2026
1 points (100.0% liked)

wolna Palestyna

191 readers
7 users here now

informacje z Gazy, dyskusje, jebanie państa Izr*el

founded 4 years ago
MODERATORS
 

Masowa demonstracja przeciwko zorganizowanej przestępczości pokazała, że cierpienie Palestyńczyków może zostać uznane — pod warunkiem, że zostanie pozbawione jakiegokolwiek znaczenia politycznego.

Zatrzymała mnie, gdy filmowałam, i powiedziała niemal obojętnie: „Dlaczego mówisz o Palestyńczykach? Większość ludzi tutaj nie identyfikuje się jako Palestyńczycy”.

W sobotni wieczór staliśmy w Tel Awiwie, podczas jednego z największych protestów palestyńskich obywateli Izraela w ostatnich latach: masowej demonstracji – określanej przez lokalnych komentatorów jako „historyczna” – przeciwko zorganizowanej przestępczości, która bezkarnie niszczy nasze społeczności. Dziesiątki tysięcy ludzi (organizatorzy szacują ich liczbę na nawet 100 tys.) przyszło, by domagać się najbardziej podstawowego i pilnego prawa do życia bez strachu.

A jednak w tym momencie ujawniła się zasadnicza sprzeczność protestu. Nawet tutaj, podczas marszu przeciwko naszej śmierci i porzuceniu przez rząd, nazywanie siebie Palestyńczykami wydawało się czymś destrukcyjnym, czymś, co wymagało korekty.

Ludzie jechali godzinami z Galilei na północy i Naqab na południu, aby ich głos został usłyszany w sercu izraelskiej metropolii. Przybyli ze świadomością, że ten rząd woli patrzeć, jak Palestyńczycy zabijają się nawzajem, niż brać odpowiedzialność za likwidację sieci przestępczych działających swobodnie w naszych miastach.

Obecność pogrążonych w żałobie rodzin sprawiła, że obojętność ta nie mogła być ignorowana, przynajmniej dla tych, którzy tam się pojawili. Byli to rodzice, rodzeństwo i dzieci, których życie zostało zniszczone przez przemoc, a które mimo to zdecydowały się publicznie pojawić i domagać się sprawiedliwości.

Wśród nich była Khitam Abu Fanni, matka Firasa Abu Fanniego, zamordowanego we wrześniu ubiegłego roku w wieku 29 lat, który pozostawił żonę i siedmiomiesięczne dziecko. Stojąc na scenie, mówiła przez łzy: „Firas był moim pierworodnym. Był moim kręgosłupem. Miał tak wiele marzeń”. Za każdym razem, gdy powtarzała swoje żądanie – znalezienia zabójcy syna, wymierzenia sprawiedliwości – tłum milkł w obliczu jej brutalnego zniszczenia.

Nieopodal, młoda dziewczyna trzymała zdjęcie swojego brata. Na nim widniał napis: „Krew mojego brata nie jest tania”. Wokół niej tysiące ludzi skandowało hasła przeciwko przemocy, porzuceniu, rzeczywistości, w której śmierć Palestyńczyków stała się normą. Protest był przytłaczający swoją skalą i bólem: zbiorowym sprzeciwem wobec systemu, który traktuje nasze życie jak coś zbędnego.

A jednak, pomimo skali demonstracji i znaczącej obecności aż 20 tys. izraelskich Żydów (według organizatorów), wydarzenie to zostało ledwie odnotowane w głównych izraelskich mediach. Główne media w kraju ograniczyły wydarzenie do krótkich, lekceważących fragmentów.

Kanał 12, najchętniej oglądana stacja telewizyjna w Izraelu, poświęcił protestowi w swoim sobotnim wydaniu mniej niż minutę. Podczas wywiadu z deputowanym z okręgu Ra'am, Mansurem Abbasem, skrajnie prawicowy komentator Amit Segal szybko skierował dyskusję na temat samego protestu na polityczne kwestie.

To wymazanie mówi mniej o proteście, a więcej o samym ekosystemie medialnym. Przez lata izraelskie media albo ignorowały kryzys zorganizowanej przestępczości w społecznościach palestyńskich, albo przedstawiały go jako „problem kulturowy”, wzmacniając rasistowskie narracje, które przedstawiają Palestyńczyków jako z natury agresywnych, a nie systematycznie zaniedbywanych. Bierność policji, zaniedbania państwa i swobodne działanie sieci przestępczych są traktowane jako szum w tle, o ile w ogóle są zauważane.

Wydrążony protest

Krytyka napłynęła jednak także ze strony społeczeństwa palestyńskiego, a wielu aktywistów było głęboko rozczarowanych tym, co określili jako wizualną i polityczną próżnię protestu.

Obawiając się, że niektóre partie i ruchy polityczne mogą próbować zmonopolizować zgromadzenie i wykorzystać je do promowania własnych celów, zamiast skupić się na pilnej sprawie, organizatorzy wyraźnie zażądali, aby nie umieszczać symboli partyjnych ani koszulek z hasłami ruchu. Zażądali również, aby nie umieszczać flag palestyńskich – nawet arbuza, symbolu, który często jest na tyle subtelny, że unika izraelskiej cenzury. Mimo że symbole palestyńskie zostały starannie pominięte, niektórzy uczestnicy pochodzenia żydowskiego przybyli, niosąc izraelskie flagi, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy (lub lekceważąc) z wrażliwości tych, których społeczności cierpią.

Jak argumentował dziennikarz Mustafa Qablawi w popularnym poście na Instagramie, ta nieobecność osłabiła protest. Palestyńczycy nie są zabijani w próżni: przemoc jest wpisana w rzeczywistość polityczną ukształtowaną przez dyskryminację, chroniczne zaniedbania policji i zaniedbania państwa. Pozbawienie protestu palestyńskiej tożsamości oznacza pozbawienie go jego prawdziwej istoty.

Jeszcze przed protestem kwestionowałam jego lokalizację. Dlaczego Tel Awiw? Kiedy zapytałam niektórych organizatorów, ich odpowiedź była pragmatyczna: Tel Awiw „przyciągnie uwagę Izraelczyków”, stwierdzili. Ale oprócz utraty szansy na wzmocnienie naszych miast i wsi jako przestrzeni politycznej organizacji, Tel Awiw jest również miastem, w którym wielu Palestyńczyków często czuje się politycznie niezauważanych – miejscem, które prezentuje się jako pluralistyczne i liberalne, a jednak niezmiennie nie spełnia własnych standardów.

Podczas protestu stawało się dla mnie coraz bardziej oczywiste, że protestowanie w Tel Awiwie jako Palestyńczyk wiąże się z niewypowiedzianym warunkiem: kompromisem. Podnoszenie flagi palestyńskiej jest uważane za zbyt kontrowersyjne, co równie dobrze może zrazić „centrolewicowych” Izraelczyków, którzy chcą „wspierać Arabów”, jak i wywołać represje policyjne – co wielokrotnie obserwowaliśmy podczas protestów prowadzonych przez Palestyńczyków w Hajfie, Nazarecie i Umm al-Fahm.

Tym razem organizatorzy dostosowali się do tych ograniczeń – i nie otrzymali nic w zamian. Żadnego znaczącego nagłośnienia w mediach. Żadnej reakcji politycznej. Żadnej ochrony. Zabójstwa trwały nadal tego samego dnia i w dniach kolejnych, zwiększając liczbę ofiar śmiertelnych w wyniku zorganizowanej przestępczości do ponad 30.

Cena kompromisu

Przed sobotnim protestem byłam sceptyczna, ale powtarzałam sobie, że być może kierownictwo dostrzegło coś, czego ja nie dostrzegłam. Może to był moment na mobilizację, a nie na nadmierną analizę. Jednak dwa spotkania na demonstracji tylko pogłębiły moje poczucie, że coś jest nie tak.

Najpierw podeszły do mnie i mojej przyjaciółki dwie izraelskie Żydówki i powiedziały, że są tu, aby wspierać „Arabów” i ich prawo do ochrony przed śmiercią z rąk gangów. Niemal bezszelestnie dodały, że mają nadzieję, że zagłosujemy na Demokratów, syjonistyczną partię centrolewicową pod przewodnictwem byłego generała armii Jaira Golana. Łatwość, z jaką palestyński żal został wpleciony w kampanię wyborczą, była uderzająca – przypominając, że nawet Izraelczycy, którzy protestują w naszym imieniu, często mają problem z postrzeganiem nas poza naszą demograficzną czy polityczną użytecznością, nie mówiąc już o tym, że jesteśmy Palestyńczykami.

Zanim opuściłam protest, nagrałam krótki filmik po angielsku, mówiąc: „Ponad 50 tys. Palestyńczyków zebrało się dziś w centrum Tel Awiwu”. Jakiś mężczyzna przerwał mi: „Zapomniałaś powiedzieć, że izraelscy Żydzi również tu protestują razem z tobą”. Zgodziłam się i nagrałam go ponownie.

Potem podeszła do mnie młoda kobieta mniej więcej w moim wieku. Szczerze zdziwiona, zapytała: „Dlaczego mówisz o Palestyńczykach? Nie sądzę, żeby większość ludzi tutaj identyfikowała się jako Palestyńczycy”. „Skąd wiesz?” – zapytałam. „Mieszkam tu” – odpowiedziała pewnie. „Więc wiem”.

Prawdopodobnie założyła, że jestem zagraniczną dziennikarką; nie przyszło jej do głowy, że Palestyńczycy przyjadą do Tel Awiwu i będą się upierać, żeby się tak nazywać. I chyba miała rację: nie było flag, symboli ani żadnych wizualnych wskazówek. Jak później powiedziała moja przyjaciółka, protest wydawał się przedziwny – wręcz obcy.

To zdanie utkwiło mi w pamięci: „Dlaczego mówisz Palestyńczycy?”. Prawda jest taka, że nazwanie siebie nie jest przypadkowe. To sedno naszej walki.

Gdy nie możemy swobodnie uznać naszej tożsamości narodowej podczas protestu przeciwko marności naszego życia, ujawnia się coś o wiele głębszego — nie tylko dotyczącego społeczeństwa izraelskiego, ale także ścisłych ograniczeń narzuconych Palestyńczykom, ich żałobie i wyobraźni politycznej.

Samah Watad

Samah Watad jest palestyńską dziennikarką i badaczką śledczą mieszkającą w Izraelu, zajmującą się polityką i sprawami społecznymi.

Fot. 1. Obywatele Izraela pochodzenia palestyńskiego i żydowskiego biorą udział w proteście przeciwko rosnącej przestępczości z użyciem przemocy w społeczeństwie palestyńskim, Tel Awiw, 31 stycznia 2026 r. (Yonatan Sindel/Flash90)

Fot. 2. Palestyńscy i żydowscy obywatele Izraela biorą udział w proteście przeciwko rosnącej przestępczości z użyciem przemocy w społeczeństwie palestyńskim, Tel Awiw, 31 stycznia 2026 r. (Avshalom Sassoni/Flash90)

Fot. 3. Obywatele Izraela pochodzenia palestyńskiego i żydowskiego biorą udział w proteście przeciwko rosnącej przestępczości z użyciem przemocy w społeczeństwie palestyńskim, Tel Awiw, 31 stycznia 2026 r. (Yonatan Sindel/Flash90)

Fot. 4. Dziesiątki tysięcy Izraelczyków bierze udział w proteście przeciwko rosnącej przestępczości z użyciem przemocy w społeczeństwie palestyńskim, Tel Awiw, 31 stycznia 2026 r. (Yonatan Sindel/Flash90)

Fot. 5. Karykatura premiera Benjamina Netanjahu podczas protestu przeciwko rosnącej przestępczości z użyciem przemocy w społeczeństwie palestyńskim, Tel Awiw, 31 stycznia 2026 r. (Yonatan Sindel/Flash90)

no comments (yet)
sorted by: hot top controversial new old
there doesn't seem to be anything here